NIC

bociany2

Jeśli nie masz nic interesującego do powiedzenia to lepiej milcz. Prawda. Ale czasem, coś powiedzieć trzeba. Szczególnie, gdy wybrało się formułę bloga. No bo przecież, ktoś czeka. Wchodzi codziennie, a tam, owo NIC aż krzyczy. A dni mijają. Więc zapycha się tę dziurę nic nieznaczącymi słowami. Bo statystyki lecą na łeb na szyję. Nasza potrzeba bycia lubianym albo choć zauważonym jest ogromna. I nie mówmy, że nie. Że w nosie mamy analyticsy bezlitośnie wskazujące czy inni nas lubią, pamiętają, tęsknią. Więc wygrzebujemy z odmętów komputerów jakieś zagubione fotki, dodajemy do nich kilka zgrabnie kokietujących czytelnika zdań z dużą ilością wykrzykników i ufff? poszło. Odhaczone. Nie do końca. Bo te dziur zalepiacze aż wyją ze wstydu. I długo tak nie pociągną. Dlatego czasem będzie u mnie NIC. I to NIC nie znaczy. Tylko tyle, że akurat teraz NIC mnie dopadło, albo pracy nadmiar, lub tylko choroba zapędziła do łóżka.
A dziś będzie wspomnienie. Wakacyjne. Nie drżyjcie. Nie pokażę siebie nad brzegiem basenu, przy piramidach, lub w jakimś egzotycznym kraju dla dodania splendoru mej skromnej osobie :-))). Pokażę bociany. Ten obrazek zawsze poprawia mi nastrój. Wspomnienie o nim też. A było tak. Szłam sobie z mężem mym własnym przez pewne piękne, stare zagraniczne miasto. Piękne, stare, zagraniczne i dość turystyczne:-) W tym naszym turystycznym zapomnieniu dzielnice tłumnie odwiedzane przez otoczonych czułą opieką pilota wycieczek wczasowiczów zostały daleko w tyle. Nie jestem zbyt lękliwa. Poza tym w czasach noszenia dredów każde zapomnienie uchodziło nam na sucho. Niewiarygodne jaką sympatię wzbudza turysta z dredami (to moja osobista wskazówka dla podróżników, nie wiedzieć czemu pomijana w przewodnikach). Masz dredy, zawsze znajdzie się temat do rozmowy. Zaczynamy od Marleya, rasta i nieśmiertelnych cannabis, a później już idzie. Tak więc, nie ma już strzałek na murach kierujących do najciekawszych zabytków, kramików z wątpliwej urody suwenirami czy kopczyków przypraw zręcznie usypanych dla spragnionych egzotyki turystów. Jest za to coraz więcej śmieci w wąskich uliczkach (kto by się tym przejmował), szczelnie zapakowanych w zwoje tkanin starszych kobiet przemykających pod ścianami (pewnie pędzą w "niewyjściowym" stroju po brakującą do obiadu ingrediencję) pociętych twarzy młodzików (może to jakiś zwyczaj), i chłopaków zmieniających swą świadomość prostym, tanim, cuchnącym okropnie ale niezawodnym klejem. Wracając do tematu, nie jestem zbyt lękliwa. Ale jednak zastanowiłam się czy mieszkańcy aby na pewno nas polubią. Człowiek boi się tego czego nie zna, my tych młodzieńców nie znaliśmy. Zaczęliśmy zastanawiać się jak tu zgrabnie i z godnością wycofać się z zaistniałej sytuacji. Wszak nie odwrócimy się na pięcie z okrzykiem: sp#@^$!(!my. Skupiona do tej pory na własnych stopach, dla lepszej oceny sytuacji postanowiłam rozejrzeć się wokół. Podniosłam głowę i oczom mym ukazał się obrazek tak swojski, nasz, polski (brakowało tylko wierzb płaczących), że lęk mnie opuścił a szczęka lekko opadła. Bo jednak bohaterowie swojscy ale scena jakby niecodzienna (przynajmniej dla mnie). I staliśmy tak z Sebą z otwartymi paszczami, zapominając o nieznanych niebezpieczeństwach, dopiero co czających się w zaułkach (naszej wyobraźni), wpatrzeni w popołudniową toaletę bocianów. Przyłączył się do nas młodzik z bardzo pociętą twarzą, później następny i kolejny. Zamieniliśmy słów kilka o miejscu naszego pochodzenia i że te bociany to właśnie od nas przyleciały, plus obowiązkowo o Marleyu i czy aby na pewno nie chcemy zakupić cannabis ("very good price for you" :-) i wolniutkim krokiem wycofaliśmy się w strony oznaczone turystycznymi strzałkami. Teraz gdy przychodzą chwile, gdy boję się tego co nieznane, to wiem, że na pewno znajdzie się tam jakiś swojski "bociek". I takiego bociana, życzę każdemu z Was w gorszych momentach, chyba, że już go macie:-)

...

This is a story about one of my holiday's memory and a photo that makes me smile any time I look at it. It was taken some years ago. In a distant, beautiful country. And this is a story about fear that appears when you are standing face to face with the unknown. Because THE UNKNOWN or (sounds better) THE NEW, scares us the most. Me and my husband were lost (a little ;-) in absolutely not the tourist part of the town. Things went wrong. Everything seemed strange and weird. You know that feeling which screams: you are in the wrong place, baby? So it was exactly like that. Suddenly, I noticed this scene. Many, many storks in the afternoon sun. You must known, that stork on a meadow is a kind of Polish cliche :-) So familiar, so cute, so? Polish. All fear disappeared. We felt like home. Now, when stupid fear of the unknown wants to discourage me, I know that "some familiar stork" is there, to help :-)))

asia gwis 4

Hello everybody!
This is me and Fika (years ago :-))),
and I want to give you
a big, big hug!

...

Wyskakuje Wam dziś moja wielka twarz. Powiało chłodem, ale to już grudzień Kochani więc nie narzekać :-) Dla ocieplenia całości łagodne spojrzenie Fikusi. Ta buźka (moja nie Fiki), a raczej jej utrwalony obraz, napawa mnie dziś lekkim przerażeniem. Muszę wykonać swój własny portret fotograficzny. Aktualny. Do zilustrowania pewnego artykułu. I tu pojawia się problem. Nie jestem zbyt fotogeniczna. Nie mówię tego kokieteryjnie. Tak właśnie jest. Nawet pewien znany fotograf z lajfstajlowych magazynów (zabiłby mnie wzrokiem za te słowa), który przy innych twarzach robi cuda, a fotografowane przez niego kobiety są, jeśli nie piękne, to zajebiście interesujące i mają na jego zdjęciach to coś (wiecie, TO COŚ :-)))))), no więc nawet ten fotograf ze mną nie dał rady. Wyszło jak zawsze.  Dla ratowania sytuacji w me ramiona powędrował Antek (mój kot). No i trzeba przyznać. On wyglądał BOSKO, PIĘKNIE i miał w sobie TO COŚ ;-) 

To zdjęcie, zrobione przez Sebę z tzw. zaskoczenia, to jedno z nielicznych na których wyglądam, jakby to powiedzieć: ludzko (pomijając brak włosów), do zaakceptowania, no i może w miarę jak ja :-). Pewnie to zasługa owego zaskoczenia, czarno-białej, litościwie ukrywającej wszystkie niedoskonałości formuły oraz dotyku ukochanej Fiki. Ale jakby nie kombinować, zdjęcie jest nieaktualne (zmora zmiany fryzury) i już kolejny raz go nie przemycę. Dlatego dzisiaj będę zła. Bardzo zła. Na początku może nie. Bo jednak zawsze jest nadzieja i fałszywe wyobrażenie o własnym wyglądzie. Że w jakiś magiczny sposób, ALE BEZ sztuczek,  make-upów, świecenia po oczach, sztabu ?bardzo ważnych ludzi z pędzlami, pudrami, grzebieniami", majstrowania do granic przyzwoitości albo nawet przekraczania ich w photoshopie, oczom mym ukarze się twarz doskonała. Później nadejdzie moment prawdy i znów będzie jak zawsze. Życie to nie kolorowy magazyn, a ja nie jestem Stellą Tennant. I tym ?filozoficznym stwierdzeniem" zamykam dzisiejszy wpis, a raczej opis mej męki. Całuję Was i życzę miłej niedzieli. 

...

p.s. chciałam jeszcze coś dodać do poprzedniego wpisu, do tego użalania sie nad sobą, nudą życia własnego i braku tych wszystkich przygód dostarczanych przez media jako wzór do naśladowania lub tęsknoty. Czytałam wczoraj (ponownie) ku pokrzepieniu Muminki i taki oto mały Paszczak (wiecie ten z Doliny i w sukience) powiedział:

?(...)- Wracajmy do domu! - Niezwykła przygody to czasem dobra rzecz. Zmoknąć, przeżyć straszne chwile, dawać sobie radę samemu i takie różne rzeczy. Ale na dłuższą metę, co to za przyjemność? (...)" 

i co? nie ma racji?

1

Everything started exactly 4 years ago. Slowly, hesitantly, with enormous question buzzing in my head: why I want to do it, is anyone interested in my opinions, pictures, the world I live in, the world I want to share with… Should I reveal all my thoughts, judgements, good but also bad moments of my life.