my white house 1z bialego domu2my white house 3my white house 4my white house 5z bialego domu6z bialego domu7

Sezon ogórkowy w pełni? Nie u mnie! Wieści z białego domu docierają do Was skąpo. Ale to nie lenistwo. Działamy ostro. Tak ostro, że nie obyło się bez ofiar. Ofiarę złożyłam ja, a raczej moje nogi, cztery litery, plecy i prawa ręka. Kiedyś w dawnych czasach szlochałabym nad swoim nieszczęsnym losem. Dziś ? cieszę się, że skończyło się na siniakach. Słowo siniak nie jest chyba adekwatne do tego co noszę na sobie. Raczej sinior, sinisko gigant? Choć nasłuchałam się już nie raz i nie dwa o schodach w moim domu, że strome, że wąskie, że bez barierki? przez lata udawało mi się biegać po nich bez szwanku. Do czasu. A czas ten właśnie nadszedł. Upadek był bolesny, długi (z samej góry do najdalszego dołu) i tak donośny że spłoszył na solidną chwilę nieznośne koty (co także uznaję za efekt in plus). Ale jak powiedziałam, kiedyś użalałabym się nad sobą, dziś jestem szczęśliwa, że ręka cała. Bo bardzo, bardzo jest mi teraz potrzebna: projektuje książki i inne fajne sprawy, pisze literki, szuka inspiracji we wspomnieniach, wita się z przystojnym panem fotografem i cudowną panią Nataszą, która bosko gotuje, układa jedzenie tak ładnie jak tylko potrafi by pozowało godnie i apetycznie, przewraca kartki w pięknie zaprojektowanych magazynach, przygotowuje pokaźną paczkę kavkovych wpisów na tzw. gościnne występy (o czym poinformuję niebawem), dźwiga kamienie, trzyma kieliszek wina pitego z przyjaciółmi, głaszcze psa, myje gary, stosy garów itd. itp.? więc jeśli mogę tak się wyrazić ręka owa ma pełne ręce roboty. No i najważniejsze: do pary z głową odpisze na wszystkie Wasze cudowne komentarze pod ostatnim wpisem i pomacha do Was z wdzięcznością, wzruszona i bardzo, bardzo szczęśliwa :-)

...

What?s new in my white house? I?m extremely busy right now! No time for holiday, no time for sitting with the new, interesting book under the summer sky! No chance! But do not worry. I love this state of life. More work, more challenges, more satisfaction. Two new books to design are waiting on my desk, one great photo session behind me (can't wait to show you the results), new cooperation with nice people ? a lot of fun, 8 new illustrations ? done,  searching for the inspirations (in the memories, pictures, books, surrounding world) ? the endless action?
For you few photos from this ordinary life. Big hugs!

z bialego domu9

zdj. 1 widok z góry Sigirija/Sri Lanka,  literki: mą ręką obolałą pisane  |  zdjęcie na zdj.2: Serge Gainsbourg z Naną (fot. Andrew Birkin z albumu wydawnictwa Taschen Jane&Serge), zdj. 3 ogród zaprojektowany przez Geoffreya Bawę, strona z mojej ukochanej Doliny Muminków,   |  zdj. 4: gotujemy, stylizujemy, focimy,   |  zdj. 5: nowe wydanie jesienno-zimowe Marie Claire Runway (diabelnie pięknie zaprojektowane),   |  zdj. 6: tajski kamyczek na tarasie domku w tajskiej dżungli,   |  zdj. 7: inny fragment ogrodu Bawy, a na koniec orzeszek, po prostu orzeszek :-)))

...

no. 1: a view from SIGIRyA Rock/SRI LANKA, lettering by me  |  no. 2: SERGE GAINSBOURG with NANA (photo by ANDREW BIRKIN from TASCHEN JANE&SERGE  |  no. 3: the garden designed by GEOFFREY BAWA, a page from my beloved Moomins |  NO. 4: we're cooking, we're styling, we're taking pictures  |  NO. 5:  new edition of MARIE CLAIRE RUNWAY, autumn/winter 2014 ? really great designed  |  NO. 6:  a little stone from Thailand  |  NO. 7: another part of GEOFFREY BAWA's garden, & finally the hazelnut, just THE HAZELNUT :-)))

wakacje

Co jest najlepszym wyjściem gdy siadają baterie a rzeczywistość staje się naprawdę nieznośna? Dla mnie zmiana otoczenia. Ten moment nadchodzi. Zbliża się do mnie z prędkością światła. Ale nie zawsze mamy to czego chcemy. Jest jak jest, a z koniem nie należy się kopać. Dlatego, by okiełznać ból bycia tu i teraz planuję podróż. Gdzie, jak i za ile. Bo że będzie to jesienią, to już niestety wiem. Czytam, oglądam, porównuję. Tripadvisor to teraz mój ulubiony kolega. I tak sobie myślę, że nawet te przygotowania do podróży a później oczekiwanie na nią są wspaniałe. Choć nic nie ekscytuje mnie bardziej niż lotniska.  Mogę na nich spędzać godziny, opóźniony lot jest dla mnie (w przeciwieństwie do większości ludzi) powodem do radości. Ach lotniska, lotniska? moje ulubione miejsca? (to jest chyba temat na osobny wpis :-)))

A jak Wy planujecie swoje podróże? Z wyprzedzeniem czy idziecie na tzw. żywioł? Zorganizowane przez specjalistów czy robicie wszystko sami? Korzystacie ze specjalistycznych portali, czytacie blogi i strony podróżnicze? Polujecie na okazje biletowe i od tego, co i za ile uda się zdobyć uzależnianie miejsce swojego wypoczynku? Lubicie się na wakacjach styrać (tak jak ja :-), czy raczej poleżeć pod palemką z drinkiem? A może odpoczynek we własnym ogrodzie to dla Was najwspanialszy czas, bo tak kochacie swoje domy i tak bardzo nie lubicie ich opuszczać? Jestem ciekawa jak Wy to robicie?

Kavka

NIC

bociany2

Jeśli nie masz nic interesującego do powiedzenia to lepiej milcz. Prawda. Ale czasem, coś powiedzieć trzeba. Szczególnie, gdy wybrało się formułę bloga. No bo przecież, ktoś czeka. Wchodzi codziennie, a tam, owo NIC aż krzyczy. A dni mijają. Więc zapycha się tę dziurę nic nieznaczącymi słowami. Bo statystyki lecą na łeb na szyję. Nasza potrzeba bycia lubianym albo choć zauważonym jest ogromna. I nie mówmy, że nie. Że w nosie mamy analyticsy bezlitośnie wskazujące czy inni nas lubią, pamiętają, tęsknią. Więc wygrzebujemy z odmętów komputerów jakieś zagubione fotki, dodajemy do nich kilka zgrabnie kokietujących czytelnika zdań z dużą ilością wykrzykników i ufff? poszło. Odhaczone. Nie do końca. Bo te dziur zalepiacze aż wyją ze wstydu. I długo tak nie pociągną. Dlatego czasem będzie u mnie NIC. I to NIC nie znaczy. Tylko tyle, że akurat teraz NIC mnie dopadło, albo pracy nadmiar, lub tylko choroba zapędziła do łóżka.
A dziś będzie wspomnienie. Wakacyjne. Nie drżyjcie. Nie pokażę siebie nad brzegiem basenu, przy piramidach, lub w jakimś egzotycznym kraju dla dodania splendoru mej skromnej osobie :-))). Pokażę bociany. Ten obrazek zawsze poprawia mi nastrój. Wspomnienie o nim też. A było tak. Szłam sobie z mężem mym własnym przez pewne piękne, stare zagraniczne miasto. Piękne, stare, zagraniczne i dość turystyczne:-) W tym naszym turystycznym zapomnieniu dzielnice tłumnie odwiedzane przez otoczonych czułą opieką pilota wycieczek wczasowiczów zostały daleko w tyle. Nie jestem zbyt lękliwa. Poza tym w czasach noszenia dredów każde zapomnienie uchodziło nam na sucho. Niewiarygodne jaką sympatię wzbudza turysta z dredami (to moja osobista wskazówka dla podróżników, nie wiedzieć czemu pomijana w przewodnikach). Masz dredy, zawsze znajdzie się temat do rozmowy. Zaczynamy od Marleya, rasta i nieśmiertelnych cannabis, a później już idzie. Tak więc, nie ma już strzałek na murach kierujących do najciekawszych zabytków, kramików z wątpliwej urody suwenirami czy kopczyków przypraw zręcznie usypanych dla spragnionych egzotyki turystów. Jest za to coraz więcej śmieci w wąskich uliczkach (kto by się tym przejmował), szczelnie zapakowanych w zwoje tkanin starszych kobiet przemykających pod ścianami (pewnie pędzą w "niewyjściowym" stroju po brakującą do obiadu ingrediencję) pociętych twarzy młodzików (może to jakiś zwyczaj), i chłopaków zmieniających swą świadomość prostym, tanim, cuchnącym okropnie ale niezawodnym klejem. Wracając do tematu, nie jestem zbyt lękliwa. Ale jednak zastanowiłam się czy mieszkańcy aby na pewno nas polubią. Człowiek boi się tego czego nie zna, my tych młodzieńców nie znaliśmy. Zaczęliśmy zastanawiać się jak tu zgrabnie i z godnością wycofać się z zaistniałej sytuacji. Wszak nie odwrócimy się na pięcie z okrzykiem: sp#@^$!(!my. Skupiona do tej pory na własnych stopach, dla lepszej oceny sytuacji postanowiłam rozejrzeć się wokół. Podniosłam głowę i oczom mym ukazał się obrazek tak swojski, nasz, polski (brakowało tylko wierzb płaczących), że lęk mnie opuścił a szczęka lekko opadła. Bo jednak bohaterowie swojscy ale scena jakby niecodzienna (przynajmniej dla mnie). I staliśmy tak z Sebą z otwartymi paszczami, zapominając o nieznanych niebezpieczeństwach, dopiero co czających się w zaułkach (naszej wyobraźni), wpatrzeni w popołudniową toaletę bocianów. Przyłączył się do nas młodzik z bardzo pociętą twarzą, później następny i kolejny. Zamieniliśmy słów kilka o miejscu naszego pochodzenia i że te bociany to właśnie od nas przyleciały, plus obowiązkowo o Marleyu i czy aby na pewno nie chcemy zakupić cannabis ("very good price for you" :-) i wolniutkim krokiem wycofaliśmy się w strony oznaczone turystycznymi strzałkami. Teraz gdy przychodzą chwile, gdy boję się tego co nieznane, to wiem, że na pewno znajdzie się tam jakiś swojski "bociek". I takiego bociana, życzę każdemu z Was w gorszych momentach, chyba, że już go macie:-)

...

This is a story about one of my holiday's memory and a photo that makes me smile any time I look at it. It was taken some years ago. In a distant, beautiful country. And this is a story about fear that appears when you are standing face to face with the unknown. Because THE UNKNOWN or (sounds better) THE NEW, scares us the most. Me and my husband were lost (a little ;-) in absolutely not the tourist part of the town. Things went wrong. Everything seemed strange and weird. You know that feeling which screams: you are in the wrong place, baby? So it was exactly like that. Suddenly, I noticed this scene. Many, many storks in the afternoon sun. You must known, that stork on a meadow is a kind of Polish cliche :-) So familiar, so cute, so? Polish. All fear disappeared. We felt like home. Now, when stupid fear of the unknown wants to discourage me, I know that "some familiar stork" is there, to help :-)))

travel

"(?) szydełkowanie, projekty DIY, kulinaria i podróże ? w tym się odnajduję (?)" Zawsze bardzo uważnie czytam słowa autorów blogów o nich samych. Lubię wiedzieć (choć trochę), jaka ta osoba jest lub chciałaby być. Cytat, który rozpoczyna dzisiejszy wywodzik, pochodzi właśnie z jednego z nich. Dlaczego właśnie taki? Coraz częściej wielu z nas "odnajduje" się w podróżach. Podróżowanie stało się modne. To dobry, sprawdzony blogowy temat. Więc i ja dorzucę coś od siebie. Nie w kwestii "odnalezienia się", ale tego jak przez podróże postrzegamy innych, siebie i jak chcemy się pokazać. Też lubiłam wrzucić sobie na starego bloga coś z wyjazdów. Kiedyś więcej a później coraz mniej, aż zrezygnowałam zupełnie. Ale czy robiłam to właściwie? Czy wykreowałam właściwy obraz siebie jako "podróżnika" czy raczej "turysty"?
Czy dodałam do tego właściwy opis? Czy lubilibyście mnie bardziej gdybym pokazała szczury zagryzające mój materac czy raczej gdybym przyznała się, że jeździć mogę wszędzie byle pokój był w hotelu z pięcioma gwiazkami? Czy powinnam pstrykać sobie fotki z miejscowymi (ohydne słowo tubylcy, tak ukochane przez rodaków, nie przechodzi mi przez gardło), czy raczej ja wygięta w jakimś nieludzkim łuku na brzegu basenu infiniti byłabym bardziej "lubię to"? No i lista obowiązkowych pozycji do odhaczenia: zabytki, knajpy, shopping mall (są wszędzie). A później ukochane przez wszystkich suweniry ("tak, tę świeczkę przywiozłam z Tajlandii, kosztowała grosze, wyobrażasz sobie? / czyż ta figurka buddy nie jest słodka?"). Czy powinnam bardziej się zmobilizować  bo na mojej tripadvisor'owej mapie jest tak wiele luk w stosunku do map znajomych? I czy nie powinnam jednak dać tam jakieś recenzji bo wtedy dostanę wyróżnienie, albo przynajmniej 3 kciuki w górę? No i sprawa zasadnicza. Gdzie? Bo Bali już niemodne i niefajne (pisali w Polityce), może jednak Gruzja (bardziej en vogue), albo chociaż Albania (wciąż ok, czy już passe?). Tak, przyznaję się, też jestem grzesznikiem lubiącym sobie wyjechać, szczególnie gdy dość mam polskiej rzeczywistości i swojego codziennego życia. Tak, podróże kształcą, wiedziano to już dawno temu, gdy wysyłano młodzików i panienki z dobrych domów w podróż w celach edukacyjnych, nie dla rozrywki ale by nauczyli się języków, zdobyli kontakty i wiedzę procentującą w przyszłości. Ale wiecie co, pierdolę. Już nie gadam
o wyjazdach, nie pokazuję zdjęć, nie ścigam się w tym durnym maratonie. Jednak "nie odnajduję się" w podróżach. Wolę wyjechać z mężem na "wakacje", nie w poszukiwaniu raju, nie po to by podbudować swoje ego, nawet nie po to by się wyedukować. Powiem tak, jak mój ukochany Terzani, zapytany dlaczego robił to wszystko co robił: "Ponieważ mi się to podobało". Tak Panie i Panowie, jeżdżę na wakacje, bo mi się to podoba. Mam z tego niesamowitą frajdę i nie muszę się nią dzielić z całym światem, żeby było jeszcze fajniej. 

p.s. tytuł posta zaczerpnęłam z tytułu książki Jennie Dielemans: Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym. wyd. Czarne, 2011, którą bardzo polecam